"Sanatorium pod Klepsydrą" - film, który powstał po dłuższej przerwie w karierze reżysera, przerwie niezawinionej przez niego, ale przez okoliczności, sytuację panującą w tym czasie w Polsce. Mimo sukcesów, jakie film odniósł poza granicami kraju, a może też właśnie przez nie, kariera Hasa wyhamowała. Warto w tym miejscu przedstawić kilka fragmentów, które najlepiej naświetlą przypadek "Sanatorium pod Klepsydrą".

Fragment wywiadu z „Przekrój” 1995 nr 24, „Pożegnanie z epoką” Rozmowa z Wojciechem J. Hasem. Rozmawiał Jerzy Piekarczyk, s. 10-12.

J. P. - Do roku 1968 kręcił pan filmy regularnie co rok. Po „Lalce” nastąpiła czteroletnia przerwa. Po „Sanatorium pod Klepsydrą”przerwa trwała dłużej. Dlaczego?

W. J. H. - „Sanatorium” powstało w wyniku dwuletnich zabiegów o pozwolenie na jego realizację. Film odbiegał od kanonów przyjętych w latach 50, kiedy polskim filmem rządziły oszalałe kobietki zwalczające tzw. formalizm. Mówiono wtedy, że najważniejszy jest temat, a to nieprawda, bo temat tworzy forma. Ja wywodziłem się z krakowskiego środowiska plastycznego, znałem Kantora, Brzozowskiego,, mnie nikt nie był w stanie wmówić, że w filmie nie liczy się obraz. Dla jednych więc „Sanatorium” to była właśnie forma, dla innych – w ogóle podejrzany temat. „czerwone tarcze” tez nie doczekały się realizacji, ale przynajmniej wymusiłem odpowiedź, dlaczego film nie może powstać. Proponowano, żebym występującą w powieści Iwaszkiewicza rodzinę żydowską zastąpił Cyganami. Niewiele pomogły tłumaczenia, że w X-XI wieku, kiedy toczy się akcja, nie było Cyganów. Zresztą reformy monetarnej na dworze książęcym nie mógł przecież robić Cygan, bo to niewiele miałoby wspólnego z prawda historyczną.

J. P. - Po „Sanatorium” miał pan przerwę.

W. J. H. - Osiem lat – i dobrze mi to zrobiło. Ja z tego nie robię martyrologii. To są wypadki przy pracy. Na zachodzie tez pan nie dostanie pieniędzy, jeśli coś się producentowi nie spodoba (…)

O pracy nad realizacją „Sanatorium pod Klepsydrą” mówi też Jadwiga Has w książce „Życie w drugim planie” - że Has „podjął decyzję, że wbrew sytuacji politycznej podejmie walkę o film oparty na twórczości Brono Schulza, którą był zafascynowany od dawna” (s. 127). Wspierał go w tym Krzysztof Penderecki, który chciał napisać muzykę do do filmu – z powodu terminów to się ostatecznie nie udało. Has „zbierał dokumentacje w ciemno, bo nadal nie było zespołu, w którym mógłby swój film realizować” (s. 127). Scenariusz powstawał powoli, w połowie pracy nad scenariuszem poprzez Pendereckiego Has poznał Manfreda Durnioka, który chciał współprodukować „Sanatorium”, ostateczną decyzję miał podjąć po zakończeniu prac nad scenariuszem – scenariusz był wysyłany partiami do Niemiec. Durniok chciał współprodukować film, a Has w tym czasie dowiedział się, że Kutz ma utworzyć zespół „Silesia”. „Kutz Wojtkowi nie odmówił, lecz trzeba było poczekac na potwierdzenie decyzji o utworzeniu „Silesii i na rozpoczęcie przez nią oficjalnej działalności” (s. 128). „W styczniu następnego roku zespół 'Silesia” rozpoczął swoją działalność. Kazimierz Kutz podjął się wręcz niewykonalnego zadania – doprowadzenia do realizacji Sanatorium pod Klepsydrą.

W atmosferze wciąż trwającej pomarcowej nagonki trudno było sobie wyobrazić kręcenie filmu o tematyce żydowskiej. Film miał być też bardzo kosztowny, a współprodukcja z niemieckim partnerem pokrywała tylko część wydatków. Lecz Kazio Kutz, artysta o równie rogatej duszy jak Wojtek, nie chciał dać za wygraną. Z jego relacji dowiedziałam się, w jaki sposób udało mu się przezwyciężyć opór władz. Pomijając Naczelny Urząd Kinematografii, udał się na sam szczyt, czyli do KC, gdzie kierownictwo w wydziale kultury objął nowy, młody człowiek. W wyniku sprytnych negocjacji opartych na swoistego rodzaju transakcji handlowej, zobowiązał się nakręcić film na podstawie książki młodego, lansowanego przez partię łódzkiego autora, w zamian za zgodę na realizację Sanatorium pod Klepsydrą. Chciał za wszelką cenę dotrzymać danego Wojtkowi słowa. Ryzykował przy tym własną głową. Dzięki determinacji Kazimierza Kutza Sanatorium uzyskało skierowanie do produkcji. Chwała mu za to! Dziś, opowiadając mi o tym, stwierdził, że znowu poczuł strach towarzyszący mu w tamtym czasie. Ale czuje się tez dumny, że ten lek pokonał, że było go wtedy stać na podejmowanie znacznego ryzyka. (s. 130-131).

(…) Manfredowi Durniokowi ogromnie zależało na tym, aby Sanatorium trafiło do Cannes. Szanse na to, aby zrobiły to nasze władze były praktycznie żadne, zwłaszcza, że nowy minister kultury był wrogiem tego filmu. Wojtek z operatorem, Witoldem Sobocińskim, kierownikiem produkcji, Urszulą Orczykowską, i Mafredem Durniokiem zawiązali więc spisek. W tajemnicy zrobili kopię – jak twierdzi Sobociński nie najlepszej jakości – którą także w tajemnicy otrzymał Manfred (chociaż jako współproducent miał do tego pełne prawo) i wywiózł ja do Niemiec. Stamtąd pojechał do Cannes i zgłosił Sanatorium na przegląd kwalifikacyjny. No i udało się – film został zakwalifikowany na festiwal. Frustracja władz była wielka, ale nie zdobyli się na drastyczny krok wycofania filmu. Zbyt dużo mówiło się o antysemityzmie w Polsce, aby dawać Europie jawny tego dowód. (s. 136-137)

Tadeusz Lubelski, Osioł nie zagra na lirze, [w:] Historia niebyła kina PRL, Kraków 2012, s. 272-273.

„Wojciech Has – choć z natury pogodny i nastawiony optymistycznie – był w tym okresie rozgoryczony; uważał się za reżysera źle widzianego przez władze i funkcjonującego na marginesie własnego środowiska. Sanatorium pod Klepsydrą na festiwalu w Cannes w 1973 roku (zdobył Nagrodę Jury) bynajmniej mu nie pomógł. Film wszedł na ekrany z ponadpółrocznym opóźnieniem (premierę miał dopiero w grudniu 1973) i został nie najlepiej przyjęty przez rodzimą krytykę. Has skarżył się po latach: „film - w kręgach władzy – uznano za filosemicki. Nie wiadomo dlaczego. Przecież przed wojną Polska była krajem wielu narodowości i kultur. (…) Pamiętam spotkania z ówczesnymi dygnitarzami, podczas których słyszałem” Mistrzu, ale teraz musi pan zrobić film dla nas. Ja pochodzę z Krakowa i nie muszę oczyszczać się ze swojej przeszłości, chodząc po Rynku Głównym, jak niektórzy koledzy... Te prawie dziewięć lat to był okres, kiedy wszystkie moje projekty były odrzucane. Błogosławieństwem okazała się dla mnie praca w Szkole Filmowej w Łodzi”. (cytat z Maszynopis znaleziony w Krakowie, z Wojciechem Jerzym Hasem rozmawia Piotr Jaworski, „Kwartalnik Filmowy” nr 43, jesień 2003, s. 137). Rzeczywiście, żaden z jego ówczesnych projektów nie doczekał się skierowania do produkcji. Zaawansowana była zwłaszcza adaptacja Czerwonych tarcz Jarosława Iwaszkiewicza, której patronował sam pisarz, ale były też rozpoczęte prace nad Podróżą do źródeł czasu według Alejo Carpentiera i nad Cierpieniami młodego Wertera na podstawie Goethego, Czuł się filmowcem u szczytu formy, tymczasem przerwa w pracy przedłużała się w nieskończoność”.

Fragment wywiadu z 'Kino” 1989 nr 7, s. 1-5. „Wybieraj nieosiągalne” Rozmowa z Wojciechem Hasem, Tadeusz Sobolewski.

W. J. H. - (...) Kamera: była świetnym zespołem. Rozwiązano go w 1968 roku – Bossak co pewien czas tracił łaski. W tamtych latach nikt nas nie pytał o frekwencję. A ona była! Co roku kręciłem film. W tamtych latach Gomułka chciał, żeby robić takie filmy, które by się jemu podobały. Tłumaczono mu, że trzeba się liczyć z opinią światową. On na to:On na to: dajcie pięciu reżyserom prawo, niech robią, co chcą. A reszta niech robi kino dla mnie. Widocznie ja się do tej piątki zaliczałem. I dzięki temu zrobiłem to, co zrobiłem. Owszem, było trochę kłopotów z „Szyframi”, ale ja już byłem po sukcesie frekwencyjnym „Jak być kochaną”, więc zgodzono się. Dopiero po „Lalce” zaczął się dla mnie trudny okres, związany ze sprawą „Sanatorium”.

T. S. - Wiele lat nosił się pan z tym pomysłem?

W. J. H. - Wiele lat. To była lektura jeszcze z okupacji.

T. S. - A gdy wreszcie pan zrobił „Sanatorium pod Klepsydrą”?

W. J. H. - Zaczął się problem z wywozem filmu za granicę, wart może opowiedzenia, bo to pouczające. Rok wcześniej Cannes zakwalifikowało do konkursu „Jak daleko stąd, jak blisko” Konwickiego. W ostatniej chwili nasza strona film wycofała. Teraz z kolei próbowano tam umieścić „Kopernika” Petelskich. Tymczasem dostałem od władz zezwolenie na wywiezienie filmu. Pokazałem „Sanatorium pod Klepsydrą” w Paryżu, z dwóch taśm, i od razu przyjęto je do konkursu. W ostatniej chwili władze zmieniły decyzję, chciano wycofać film jeszcze z lotniska w Warszawie. Kiedy „Sanatorium” dostało nagrodę jury, zaczęto hamować dystrybucję. Dopiero po dwóch latach film wszedł na ekrany paryskie. I wie pan, że do dziś można „Klepsydrę” tam zobaczyć?